W twierdzy myśli

Gdy myślę, o schowaniu się w myślach przychodzą mi do głowy dwa wspomnienia z dzieciństwa. Pierwsze odbyło się w drodze ze szkoły do domu. Wracałam typową ścieżką, gdy nagle poczułam kilka bodźców naraz: usłyszałam dźwięk klaksona tramwajowego i poczułam szarpnięcie do tyłu za mój tornister. Będąc zanurzona w myślach, nie zauważyłam zmiany świateł i szłam prosto pod jadący tramwaj.

Drugie wspomnienie znów miało miejsce przy powrocie do szkoły, gdy nagle podniosłam głowę do góry. Tym razem to widok pięknego nieba był bodźcem, który wyrwał mnie z natłoku myśli. Pamiętam, jak powiedziałam sobie w myślach, że tak dużo tracimy nie patrząc się w niebo. I że chcę częściej to robić i zwracać uwagę na moje otoczenie.

I tak też starałam się robić w późniejszych latach mojego życia. Momenty uważności, gdy byłam w okolicach natury, przychodziły mi najłatwiej. Zachwyty chmurami, śniegiem, korą, a nawet dźwiękiem deszczu towarzyszyły mi w dorastaniu i doroślejaniu (hm?). Trudniej przychodziły te podczas spotkań, pracy, nauki, działania. Jeszcze trudniej, w momencie zmęczenia i fizycznej samotności, gdy biłam rekordy czasu spędzonego na staniu w łazience lub siedzeniu na łóżku przed pójściem spać – gdy to myśli przejmowały nade mną kontrolę, produkując różne scenariusze w głowie. A w późniejszych latach nawet medytacja nie była zawsze oczyszczająca, a irytująca. Ale tego zrozumienie przyszło dopiero w czasie terapii.

Pierwszym odkryciem było to, że w sumie, to nie do końca miałam zdefiniowane to, co to jest właściwie czucie i jak ono ma się do uwagi i do myśli. I tak w praktykach mindfulness zamiast CZUĆ pewne sensacje skanując ciało, skupiałabym myśli na danej partii ciała, myśląc i starając się nazwać co czuję. I tak praktyka, która miałaby mi pomóc, nagle dodawała mi stresu.

Drugie odkrycie, a właściwie odkrycia, pomogło mi zrozumieć, dlaczego tak łatwo wpadam do studni myślowej. Po pierwsze, dużo wskazuje na to, że jestem wysokowrażliwczynią* – i to wpadanie do studni to coś co przychodzi nam niezwykle łatwo, z naszą tendencją do analizowania świata. Po drugie, okazało się, że to myślenie było dla mnie formą ucieczki od trudnych uczuć fizycznych (w tym emocji). Zamiast przyznać sobie, że czuję się przeciążona, zestresowana, przestraszona, lub – co gorsza** – zła; i pozwolić sobie na tę emocję i być z nią; uciekałam w myśli i, na przykład, tworzyłam nierzeczywiste scenariusze.

Nie zawsze mam zachwycającą naturę dookoła, żeby wyrwała mnie z myśli. Dlatego staram się wprowadzać nowe sposoby. Jednym z nich, jest skłonienie siebie do czucia – samo-masowanie, głaskanie, rozciąganie, położenie książki na klatce i czucie jej ciężaru przy oddechu. Drugim, jest opisanie tego co widzę i czuję. Siedzę na kanapie, czuję nieregularność poduszek pod łydką i lekko spięte mięśnie po nartach. Widzę żółtawy ekran wieczornego laptopa i smakuję kwaśność herbaty na moim języku. Czuję, więc jestem ;).

* Zuza Skrzyńska ma świetny live o tym zapisany na instagramie: https://www.instagram.com/tv/CFDJT1EjE5v/?hl=pl
** złość póki co jest emocją, do której najtrudniej mi się przyznać. O dziwo, bo z irytacją bynajmniej nie mam problemu 😉